Nie tylko o poszukiwaniu pracy…

Szczerze i z ręką na sercu, która z Was Kobiety Emigrantki i Nie – Emigrantki lubi szukać nowej pracy, przeglądać oferty, napinać się przy pisaniu listów starając się zgrabnie opisać to, co już potrafimy, a czego jeszcze nie…? Ja nie cierpię tego robić. Nową pracę mogę mieć, mogę być z niej zadowolona bardziej lub mniej, jej znalezienie mogę odczuwać jako mały sukces, albo i nie… Jednak bez zmiany pozostanie to, że szperanie po necie w poszukiwaniu ofert, z których większość nie jest tym, co mi odpowiada, do czego mam predyspozycje lub kwalifikacje jest dla mnie nudnym, żmudnym zajęciem. Zazwyczaj daje mi ono jedynie poczucie marnowania czasu a ja cenię go sobie. Czas to nie zawsze jest pieniądz, ale zdecydowanie jest to coś, czym zostałam obdarowana i dlatego jest on Moim Czasem a ja chcę korzystać z niego w sposób najlepszy i świadomy. Wprawdzie robię to bardzo nieumiejętnie, ale któregoś dnia to ogarnę 🙂 Z tego powodu wszystkie zabiegi praco-wyszukiwawcze są dla mnie czymś, co spycham na plan dalszy i mocno muszę pilnować siebie samą, aby jednak znaleźć kilka długich chwil na to, aby przebrnąć przez oficjalności i konieczności z tym związane.

Dlaczego o tym piszę? W jednym w wcześniejszych postów wspominałam, że kilka miesięcy temu jeden z moich ówczesnych pracodawców podjął decyzję o nieprzedłużaniu mojego kontraktu. Wprawdzie nie  zostałam bez środków do życia, ale zdecydowanie odczułam mniejsze wpływy na rachunek bankowy. Symboliczny zasiłek dla bezrobotnych zmuszał mnie do aktywnego poszukiwania pracy i regularnego, cotygodniowego reagowania na pojawiające się oferty. Takie zobowiązanie z urzędu. Zbyt zajęta innymi sprawami wysyłałam moje zgłoszenia jak bóg – urząd przykazał zniechęcona tym, że MUSZĘ to robić i nie wiedząc dokładnie, w którym kierunku zamierzam podążać w moim „życiu zawodowym”. Chcę czegoś więcej, niż sprzątanie domów, chociaż zalet tej pracy mogłabym wyliczyć  kilka i dla nich trudno było mi podjąć decyzję o tym, że czas nadszedł innego nawet jeżeli ta nowa praca na początku niekoniecznie będzie rozwojowa. Zawsze jednak może ona otworzyć dla mnie furtkę do czegoś dobrego i wartościowego. Wymarzyłam sobie, że chcę, aby moja przyszła praca powiązana była z działalnością kulinarną i (lub) kreatywną. Taaaak, dużo czasu zajęło mi przyznanie się przed sobą samą, że nie będę spełniona w życiu zawodowym, jeżeli nie będzie ono połączone z czymś kreatywnym. Kreatywność ma wiele imion, a ja pozwalając jej dojść do głosu kilka lat temu (zostawiałam pracę na etacie dla tworzenia biżuterii i nieumiejętnie próbowałam prowadzić mój mały biznes) dopuściłam tym samym do głosu w mojej duszy, którego od tamtej pory nie potrafiłam uciszyć. Spychałam go wprawdzie na plan dalszy, albo udawałam, że nie słyszę jego podszeptów. No cóż – przegrałam w tej szamotaninie i chwała za to, ponieważ:

Po pierwsze – któregoś dnia wpadłam na pomysł, że chciałabym zarabiać na życie piekąc ciasta i chleby. Coś w stylu – małej, domowej piekarni. Zabrakło mi wprawdzie sił do udźwignięcia tego pomysłu… ale zaszczepił on we mnie myśl i to całkiem dobrą 🙂 Brakowało jednak dalszego impulsu, który tą myśl pchnąłby na tory działania. Do dnia, gdy przeczytałam u Oli Budzyńskiej – Pani Swojego Czasu, że przeprowadzając rekrutację musiała przekopać się przez górę listów pisanych w stylu korporacyjnym, nudnych, bez polotu …. a przecież wystarczy napisać po…ludzku i nie katować potencjalnego pracodawcy lekturą czegoś, co bardziej zniechęca, niż zachęca. Bodajże już tego samego dnia wróciłam z pracy z ogromną chęcią napisania mojej motywacji i wysłania jej do najelegantszej cukierni w moim miasteczku. Tak po prostu, w ciemno, wierząc w to, że może trafię w klimaty, może uda się chociaż trochę… bo przecież co mam do stracenia??? Wyobraź sobie – mieć chęć do napisania listu motywacyjnego, w ciemno, tak po prostu!? W ciągu godziny powstało moje małe dzieło ( pisałam po holendersku – nie kochając tego języka i starając się o to, aby moje myśli brzmiały w taki sposób, w jaki sobie tego życzę ), a następnie „poszło” ono w świat. Jedna cukiernia – nic, druga – nic, kolejna – mamy pracowników pod dostatkiem, może później, czyli również NIC. I tak wędrując wirtualnie z moimi aplikacjami zajrzałam po drodze do kilku piekarni, aż trafiłam do …. małej piekarni, bardzo domowej, nieco kreatywnej, w której chleb jest taki, jaki chcę jeść każdego dnia. Mijałam ją kilkakrotnie i za każdym razem myślałam o tym, jakie fajne jest to miejsce. I … dałam sobie szansę baaardzo nieśmiało.W myślach oczywiście zrzędziło na mnie to COŚ podkopując moją odwagę i pewność siebie: gdzie ja w takiej piekarni? Czego ja tutaj szukam? itd. Ale chciałam, bardzo chciałam! Zajrzałam dokładniej – no, szukają pracownika. Ale nie szukają pracownika takiego jak ja… Nie mam wskazanego doświadczenia, nie jestem dostępna od wskazanego terminu (zaplanowane wcześniej wakacje) i mówiąc prosto z mostu – kandydat był ze mnie żaden na to stanowisko, ale co tam… może znajdzie się dla mnie skrawek miejsca i jednak jest szansa? Nic do stracenia, a dana sobie szansa jest czymś dzięki czemu mogę tylko zyskać… Nie wiem, jakie będzie zakończenie tej historii, ale wiem jedno – dzisiaj byłam na drugiej rozmowie z „kadrową” i szefem, a  19 sierpnia będzie mój pierwszy dzień przyuczenia 🙂 Moje szanse po pierwszej rozmowie legły w gruzach po informacji, że termin wakacji jest poważną przeszkodą w podjęciu przeze mnie pracy we wskazanym terminie, ale furtka została otwarta… W razie, gdyby coś… Podczas wakacji otrzymałam pytanie, czy wciąż jestem zainteresowana, a dzisiaj popłynęłam z prądem… Wciąż nie dowierzam, boję się małego, a jednak wielkiego wyzwania i kurcze no – MOŻNA CAŁKIEM INACZEJ! Dziękuję Oli Budzyńskiej za inspirację i gratuluję sobie tego, że odważyłam się 🙂 Ponieważ kto ma odwagę napisać w liście motywacyjnym, że:

  1. będzie w swoim liście motywacyjnym bardzo szczery,
  2. nie ma żadnego doświadczenia, ani wykształcenia w branży cukierniczo – piekarniczej, kompletnie nie zna technik pracy w piekarni (cukierni)i a jedynie co się ma to pasja i umiejętności nabyte we własnej kuchni,
  3. a że odkryło się tą pasję późno – no cóż, każdy ma swój czas a i z doświadczeniem nikt się nie rodzi….
  4. i co najważniejsze – czas jest zacząć robić w życiu to, co uważa się za fajne i ciekawe, a nie jedynie ukierunkowane na stałe dochody (jak to było w przypadku poprzednich doświadczeń zawodowych).

 

Teraz, gdy czytam mój list ponownie z perspektywy prawie dwóch miesięcy wciąż trudno jest mi uwierzyć w to, że miałam odwagę napisać go tak szczerze i prawdziwie. Bardzo na luzie i z humorem. Bez napinania się i wymyślania.  Bez ściemniania, bez kolorowania, bez udawania, że jest zainteresowanym ofertą, która nie wzbudza w nas entuzjazmu. Tak po ludzku właśnie. W odpowiedzi na moje słowa otrzymałam podziękowania za list – inny, kreatywny, świeży  i wzbudzający zainteresowanie tym, kim jestem… i to w momencie najbardziej odpowiednim… jakby tak właśnie miało być. To jest bardzo budujące!!!

SONY DSC

Planując napisanie tych słów dotarło do mnie coś, czego za bardzo nie dostrzegałam – każdą z moich prac znalazłam w podobny sposób. Wysyłając  listy tak znienacka, do firm, które nie spodziewały się jeszcze tego, że szukają pracownika. Niekiedy były to sytuacje niebywałe i absurdalne. Wychodziłam z inicjatywą. Zarówno w Polsce, jak i Holandii. Wówczas nie postrzegałam tego, jako przejawów pewnej odwagi. Teraz uczę się myśleć inaczej. To jest odważne, śmiałe, INNE  i kreatywne. Moja ostatnia rozmowa o pracę (tak, ta w piekarni) dała mi do myślenia. Szef i „kadrowa” lub dyrektor do spraw personalnych 😉 patrzyli się na mnie z niedowierzaniem, gdy powiedziałam, że tak zwyczajnie wyjechałam z Polski do Holandii, sama, nagle, aby zmienić coś w swoim życiu; że sama nauczyłam się języka, że zgłosiłam się do pracy – tak bez ogłoszenia, że sama znalazłam adresy, gdzie obecnie sprzątam i etc. W trakcie tej rozmowy dotarło do mnie, jak duże kroki przedsięwzięłam w moim życiu i jak bardzo nie doceniam ich wagi dla mojego rozwoju. Traktuję je po macoszemu, machając ręką od niechcenia. Takie oj tam, oj tam… Uważam siebie za mało odważną, wyważoną,  nie szaloną,  okazuje się, że jest trochę inaczej, niż sama próbuję siebie widzieć odbierając sobie powody do zadowolenia i dumy z moich poczynań. Czy naprawdę ktoś inny musi Tobie i mnie powiedzieć – WOW, jestem pod wrażeniem? Dlaczego Ty i ja nie doceniamy naszych małych kroków, przedsięwzięć, odważanych posunięć…? W taki sposób odbieramy sobie szansę na to, aby uwierzyć w to, że stać nas na więcej, niż myślimy… Wpychamy siebie gdzieś tam, w kąt, w naszą strefę komfortu nie próbując wystawiać z niej nosa. A nawet jeżeli go wystawiamy, to zdarza nam się nie doceniać tego, że to już jest jakiś krok do przodu, albo… udajemy, że nie do nas ten nos należy, ponieważ to przecież nie w naszym stylu (pytanie, czy zdajemy sobie sprawę z tego, jaki jest ten nasz „styl”). Tak wiele razy słyszałam od osób, z którymi wiązały lub wiążą mnie szczególne więzi, że ja to mam w oczach takie coś, taki blask…Machałam na to ręką. Mówiłam, że bzdury i wolałam wpychać siebie gdzieś tam na dno. Dopóki nie dostrzegam tego blasku – sama. Wówczas zrozumiałam… I co z tym zrobiłam? Nic. Aż do teraz. Potrzebowałam długich lat na to, aby zacząć istnieć i odważać się. ..Pisałam o tym tutaj.

Myślę, że każdej z nas potrzebna jest taka szczera rozmowa samej ze sobą w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie co MYŚLĘ O SOBIE? Co zrobiłam kilka dni temu, miesięcy, lat a o czym teraz mogę powiedzieć – kurcze, to naprawdę byłam ja? Kiedyś uciekłam z domu 😉 Poważnie! Prawie o tym zapomniałam. Wydaje mi się to tak bardzo nieprawdopodobne, a jednak … Wiem po sobie, że rutyna, obniżone poczucie wartości sobie, nieśmiałość, chęć wycofania się obdzierają nas z tych wszystkich fantastycznych rzeczy, myśli, które mogłybyśmy o sobie samych powiedzieć. W szkole średniej moi koledzy mieli ubaw, że wywołana do odpowiedzi zawsze mówiłam:”wydaje mi się”. Do czasu, gdy któryś z nich nie doszedł do wniosku, że to moje wydaje mi się jest bardzo sprawnym wybrnięciem w sytuacji. Ostatecznie tylko mi się wydawało… i myślę, że właśnie może tego „wydaje mi się” powinna spróbować użyć każda z nas – ta nieśmiała, zakompleksiona, niedowierzająca we własne możliwości… Niech nam się tylko wydaje, że nie stać nas na więcej i …. dążmy w kierunku pokazania sobie samym tego, że było to tylko i wyłącznie wydaje mi się! 🙂 

 

A co Tobie „wydaje się”? Jakie są Twoje nietypowe metody poszukiwania pracy? W jaki sposób Ty odważasz się wytknąć nos z kąta i działasz? Proszę, opowiedz nam o tym tutaj. Zainspiruj, zmotywuj, Bądź … 🙂

 

Moja Droga Czytelniczko/ Czytelniku – jeżeli uważasz, że ten post i mój blog może wnieść coś fajnego i dobrego w Twoje życie nie obawiaj się go subskrybować, podesłać znajomym, podzielić się z nim na Fb. Będę za to wdzięczna i doda mi to skrzydeł bardziej niż RedBull 🙂  Pozdrawiam i trzymam kciuki za Ciebie i Ciebie i …za mnie 🙂

 

1

2 thoughts on “Nie tylko o poszukiwaniu pracy…

  1. Podejście nr3 bo poprzednie komentarze przez przypadek sobie wykasowalam będąc za każdym razem już na samym końcu… 😤

    Gratuluję odwagi i życzę powodzenia i sukcesów w nowej pracy! 😊 Możesz być z siebie dumna, że wbrew standardowej logice ktoś dojrzał w Tobie potencjał i postanowił dać Ci szansę. Zgadzam się z tym, że zwykle wydaje nam się oczywiste, że wszystko to co osiągnęlysmy po prostu musiało nam się udać i że po prostu musiałysmy dać rady… A jeśli same siebie nie docenimy, to nikt nas nie doceni! I dlatego pochwalę się, że od 15 sierpnia też zaczynam nową pracę 😊

    Pierwszy raz w życiu udało mi się zdobyć pracę poprzez przejście całego procesu rekrutacyjnego. Moje poprzednie zatrudnienia były efektem pójścia do jakiegoś biura pracy, które gdzieś mnie wysyłało i już. A teraz, po 16tu latach od mojego pierwszego przyjazdu do Holandii i po 13tu latach przepracowanych w jednej firmie, w której zaczynałam jako pracownik produkcji bez znajomości niderlandzkiego, skończyłam moją kadencję w starej firmie na stanowisku pracownika obsługi klienta i planowania odpowiedzialnego za największego i najważniejszego klienta. W międzyczasie zdążyłam sama (bez żadnych kursów i nauczycieli) nauczyć się języka i to w takim stopniu, że mogłam reprezentować firmę w relacjach z klientami. A teraz udało mi się zdobyć pracę w dużo większej i poważniejszej korporacji na stanowisku order managera serwisu. Podczas jednej z rozmów menadżer, który brał udział w rekrutacji uświadomił mi, że oprócz tych wszystkich zalet i umiejętności które widnieją w moim CV i liście motywacyjnym (a które z wielkim trudem tam umieściłam bo większość wydawała mi się po prostu najnormalniejsza w świecie i jak najbardziej oczywista), mam jeszcze jedną ważna i cenna zaletę: lojalność. Wobec pracodawcy, wobec kolegów i wobec klientów. Moją reakcją było natychmiastowe stwierdzenie, że przecież to oczywiste. A on na to, że to wcale nie jest takie oczywiste i że nie każdy w mojej sytuacji zachowywał by się wobec firmy, w której niedługo będzie zbędnym, tak lojalnie jak ja. I że należy mi się za to komplement. Totalnie mnie to zaskoczyło. A jeszcze bardziej to, że ledwo dotarlam do domu to już do mnie dzwoniono z zaproszeniem na rozmowę o warunkach zatrudnienia (chociaż miałam dostać jakąś reakcję dopiero po kilku dniach). Jak narazie jestem też pozytywnie zaskoczona podejściem do mnie jako do nowego pracownika. Serdecznymi mailami z powitaniem w firmie, zainteresowaniem szefowej itd. Myślę, że powinnam być z siebie dumna, że jestem w takiej pozycji, że mogę się ubiegać o tego typu stanowiska i jeszcze negocjować warunki zatrudnienia… A zaczynałam jako licealistka zbierająca borówki w czasie letnich wakacji… 😉

    Czasem warto więc poddać się ocenie i temu swoistemu maglowi na tych wszystkich rozmowach o pracę, bo dzięki temu możemy przy okazji dowiedzieć się czegoś o sobie, nabrać pewności siebie i samemu sobie oraz innym coś udowodnić.

    Jeszcze raz gratuluję i życzę powodzenia w spełnianiu marzeń! 😊

    Lubię to

  2. Dorota, GRATULACJE!!! To prawda. Możemy analizować siebie od każdej możliwej strony, wyszukiwać swoje wady i zalety, wiedzieć o sobie tak wiele… Może nam się wydawać, aż do momentu, gdy podczas jednej rozmowy ktoś przewraca nasz świat do góry nogami i pokazuje nam, że jest całkiem inaczej. Dostałam dzisiaj komentarz na FB. Napisany przez mężczyznę. Przeczytałam, pomyślałam, trochę się pobuntowałam i dobrze, że nie napisałam odpowiedzi tak na szybko i gorąco. Po godzinie przeczytałam wszystko jeszcze raz, spokojniej i z większym dystansem. Zaczęłam rozumieć. Kilka słów ( bardzo życzliwych,ale i konkretnych) uświadomiło mi, że może jednak nie tędy wiedzie droga, którą chcę podążać.
    A Twój sukces – no naprawdę, daje kopa 🙂 Trzymam kciuki !!!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s